unpretty blog

Twój nowy blog

Wpisy, których autorem jest autor

No i poślizg. Ale bardzo znamienny poślizg. Bo wrzesień w życiu mym był miesiącem gonienia z terminami, rezygnowania z nich i spóźniania się ze wszystkim. Także dwutygodniowe prawie spóźnienie z notką można uznać za coś normalnego strasznie. 

Siedzę na laptopie cały czas, ponieważ komputera nie próbuję uratować już nawet, może jakbym posiedziała, ale nie mogę się zebrać, zbyt skomplikowane to jednak jest. Wyślę więc mamę w tygodniu do znajomego informatyka, i ma ładną formułke wygłosić, że Linux chodzi, Windows się zainstalować nie chce, partycji nie widzi i w ogóle nie wiadomo o co cho. Mają mi wgrać system, taniej, i nie do końca legalnie a ja mam znowu mieć działającego PCta. Potrzebuję go mimo wszystko. Na laptopie za mało miejsca, większość zajmuje muzyka, a seriali ściągam teraz tyle, że muszę kasować bo po prostu fizycznie nie starcza pojemności. Zostawiam sobie tylko kilka, które nagrywać będę na pewno.
Lista pożeraczy czasu naprawdę imponująco przestraszna się zrobiła:
Desperate Housewives, Dexter, Californication, Gossip Girl, House, How I Met Your Mother, Heroes, Big Bang Theory, Gleen, Cougar Town, American Next Top Model, Supernatural, Flash Forward, Grey’s Anatomy, Dollhouse, Modern Family. I to póki co tylko. Oficjalnie Przestraszne! Nie wiem co będzie jak się studia zaczną ^^
A właśnie studiować będę administrację i stosunki;international marketing. jednak, udało się wszystko. chociaż, panie ze stosunków wydzwaniają i się wypytują czy na pewno dam sobie radę na dwóch kierunków. Wcześniej nikogo to nie obchodziło. Może na wydziale WSMIP UŁ jest tak ciężko ? Obaczym niedługo.
Chociaż oczywiście nie śpieszy mi się jakoś strasznie. Odzwyczaiłam się od porządnego studiowania na dobre. A za miesiąc, tak za miesiąc, bo ja zacznę studiować dopiero w listopadzie tak naprawdę, będę musiała wrócić do biegania miedzy wydziałami, do tego strasznego, spóźniającego się niemiłosiernie 51 i do szaroburej zimnej jesieni/zimy polskiej. Oj nie jestem gotowa psychicznie jeszcze. Naprawdę nie jestem.
Ojciec mój złamał ostatnio kolejną część swojego ciała, kolejną, bo on miał już połamana prektycznie wszystko. Teraz przyszła kolej na kość śródstopia. Jak to się stało, do końca nie wiadomo, jak można sobie samemu idąc coś takiego zrobić, też nie wiadomo. Wiadomo, że siedzi w domu ze mną, i ma nadzieję wyzdrowieć do 22 października, bo tak jakby wtedy do Rzymu wylatuje. 
Ja wylatuje wcześniej, ale nie wiem gdzie spać będę. Bo podobno akademiki zajęte, bo Polacy w jakiś mieszkaniach. Generalnie wiem bardzo mało, z Justyną mało rozmawiam, poza tym nie wiadomo czy Agata będzie, bo nie wiadomo czy ona w ogóle do Włoch pracować pojedzie. Jeden wielki LOL. Pewnie będzie zupełnie inaczej niż miało być, może i lepiej z drugiej strony… Ja się cieszę na tydzień w Rzymie. Opracowałam dzisiaj nawet plan wycieczki. Będę mysleć o pozytywach i nie przejmować się wcale, że mój mozg od dwóch nocy skupia się na samolotach. Wczoraj „jechałam” samolotem z Łodzi do Zgierza, ponieważ pas startowy znajdował się na ulicy po której jakiś samochód dziwnie jechał i nie można było wystartować, a dzisiaj z kolei szukałysmy z Justyną odpowiedniego autobusu który nas zawiezie z terminalu na okęciu do samolotu lecacego do Rzymu. I dziwnie przygody z tego wyniknęły… Oj dziwne. Generalnie pewnie znowu będę miała mysli o tym, że to to w powietrzu to ostatnia podróż moja. Kretyńskie strasznie myśli, bo niby po tym locie rok temu zmieniłam zdanie jesli chodzi o „niebezpieczne” samoloty – ale jak widać mój mózg dziwny jest w dalszym ciągu.
Od jakiś 2 tygodni mam znowu ochotę straszną na Hiszpanię, i hiszpański… i Hiszpanów. Mam takie cykle, Stany, Wielka Brytania, Włochy naturalnie i Hiszpania. Zły timing strasznie, bo 3 tygodnie temu jeszcze byłam w epoce włoskiej, mogłoby być odwrotnie, najpierw Hiszpania później Włochy, bo coś czuję, że w Benevento po raz kolejny będę mieć w dupie mieszkańców, tylko się skupię na studentach z Półwyspu Iberyjskiego ^^ Life. My life.
Zły timing to jest to o czym bym mogła książkę napisać. 
Dałam ciała z pożegnaniem koleżanki, która do Granady właśnie pojechała na erasmusa, dałam ciała jeszcze z kilkoma innymi rzeczami. Wakacje się kończą, więc jak sobie obiecałam wcześniej, koniec wymówek na pieprzenie wszystkiego po trochu.
Znaczy no, teoretycznie mam jeszcze miesiąc. Idę po piwo chyba. A odalkoholizowywaniem zacznę zajmować się.. tak,  w listopadzie.

HA! Znaczy no dobra, małe ha tylko bo z poslizgiem dziennym ale praaaawie w miesiącu sie wyrobiłam. Dziwny to był miesiąc. Pełen alkoholu, pełen jeżdzenia do Łodzi, biurokratycznych głupot, problemow z jedzeniem, kłótni w domu, planowaniu wakacji. Generalnie pełen wszystkiego ale mimo wszystko bardzo, bardzo dziwny.

Z tego co wiem na dzień dzisiejszy to tyle, że jadę do Włoch z rodzicami. Znaczy najpierw sama, później oni dolatują. Spędzę tydzień w Benevento, a następnie tydzień w Rzymie. Wiem, że odliczam dni i nie mogę się doczekać. Wiem, że chyba wolalabym już gdzieś pracować a nie się uczyć, ale z drugiej strony tak sobie myślę, że żeby pracować we Włoszech jako ktoś inny niż kelnerka czy dziwka muszę chyba skończyć coś więcej niz administracja. A może nie muszę, może chcę po prostu. I mi utrudniają. Że im świadectwa maturalnego (!) nie doniosłam. Znaczy doniosłam, ksero „za poświadczeniem…” ksero z wydziału prawa, ksero z tego samego uniwersytetu za mało. Pani w dziekanacie wsmip z uśmiechem na ustach mi odpowiada, że fakt, że dałam oryginał dyplomu licencjackiego jeszcze nie świadczy o tym, że mam zdaną maturę, i że musze złożyć odpis albo oryginał albo mam spadać. Ja rozumiem biurokrację, ale idiotyzm mnie boli, denerwuje mnie i sprawia, że mam ochotę otwierać pracuj.pl czy tam inne serwisy tego typu i pieprzyć te studia w cholerę. I gdyby nie myśl, że może jeszcze wyjadę sobie na praktyki erasmusa do Włoch to pewnie w ogóle bym machnęła ręką już. Bo to jest tak, że ja wiem mniej więcej co chcę robic, gdzie chcę robić ale brakuje mi jeszcze kilku ostatnich guzików zapiętych żebym mogła to robić. I czym dłużej o tym myślę tym bardziej przekonana jestem, że tak całe moje życie zawsze wyglądało i wyglądać będzie… Nie zapiete do końca.

Wczoraj byłam na spotkaniu z A. po jakiś 3 m-cach. Fakt #1 na zdjęciach wychodzę jak cipa. I to się chyba nie zmieni już nigdy. Fakt #2 nie potrafię sprecyzować swoich mysli wśród znajomych tak jakbym chciała. Fakt #3 nie mam siły przekonywania Fakt #4 muszę się odchudzić Fakt #5 zakochanie się we Włoszech/Włochach te x lat temu było pomyłką. Pomyłką której już zmienić nie mogę, uczucie zbyt silne. Poszłysmy do Portobello, chociaż miałysmy iść do Biblioteki, ja liczyłam na piwo za 3,50zł. W PB za 8zł żywca dostałam. Ale za to sobie z szefem włoskim porozmawiałam, + jeszcze 3zł poszły do kieszeni argentyńskiego kelnera, za nic tak naprawdę. Najśmieszniejsze jest to, że złotówkę mi prawie z ręki wyrwał. Ale to był mój pierwszy raz, następnym będę mądrzejsza i bardziej przekonuywująca. I niesamowite jest to z jak różnymi osobami ja sie zadaję… W sensie oprócz tych z którymi mam o czym porozmawiać, są też osoby z którymi na dobrą sprawę – powiedzmy w życiu online tak ONLINE nie zamieniłabym słowa, ba, wyśmiałabym :> I nie wiem jak to o mnie świadczy. Wiem tylko, że nie chcę kończyć tych znajomości. Wiem, że lubię różnorodnośc ale wiem że to w pewnym sensie robi ze mnie dziwkę lekko mówiąc. I pocieszam się tylko tym, że mając jeszcze podobne przemyślenia do końca się nie zatraciłam. Albo jestem po prostu hipokrytką, nie wiem. I szczerze, ostatnio mnie coraz mniej to interesuje. ‚

Ale z drugiej strony zaczęłam ostatnio zauważac, że wróciłam do zastanawiania się nad takimi rzeczami. Rzeczami z pozoru błahymi i bezsensownymi, ale kiedyś takie zastanawianie się robiło ze mnie osobę, która bylam, później przestałam i wpadłam w niebyt. Teraz trochę czuję że z tego niebytu wychodze. Powoli, z problemami, z przeszkodami, z pokusami, ale wychodzę i naprawdę mam nadzieję, że sobie poradzę jakoś i będę tą wersją siebie którą chcę być.

Tyle (pseudo)filozoficznego pieprzenia.  Z innych rzeczy jeszcze, moje urodziny jutro. Z tej okazji wysprzatałam cały pokój swój. No, może nie cały, bo szuflady i szafa to wciąż jeden wielki burdel, ale na półkach porządek, podłoga umyta, wszystko z kurzu wyczyszczone. Na znak triumfu kupiłam sobie 2 tatry. A tak. Kupiłam sobie, a co :> Alkoholizm mój (z którego się leczyc zamierzam) i walka z nim to długa droga, a ja nie wierzę, akurat w tym przypadku, w opcję, odłóż totalnie i nie wracaj. Bo ja nie chcę nie wracać, ja nie chcę pić codziennie. Kiedyś do tego dojdę myślę.

I tyle. mam nadzieję, że kolejna notka lepsza będzie… ;)

TA DAAAM. Po raz nie wiem który wracam do blogowania. Po polsku w każdym razie. Właściwie to dzięki Kourin i Kourin tylko, która zainspirowała mnie notkami miesięcznymi. To się wydaje mniej męczące, mniej wymagające, a utrzymuje pewną ciągłość w pisaniu. Przynajmniej w założeniu swym. W więc zacznijmy i zobaczmy czy wciąż pisać potrafię…

Wakacje w pełni można powiedzieć. Chociaż co prawda pogoda za oknem może temu przeczyć, mi się podoba. Podobno ma się od jutra znowu gorąco zacząć robić, i mi źle z tym. Nie lubię upałów. W każdym razie nie pod tą szerokością geograficzną. Jest coś w tym, że 33 stopnie we Włoszech, w Chorwacji znieść mogę i właściwie nawet potrafię się z nich cieszyć w 120%, a jak się w rozgrzanych betonowych polskich miastach robi więcej niż 25 stopni mam ochotę robić nic i zapaść w jakiś letarg najlepiej i obudzić się wśród szarug jesiennych… Pewnie ma to związek z tym, że znowu nie czuję się w klimatach noszenia krótkich spódniczek i bluzeczek niestety. I to jest coś nad czym mam zamiar pracować. Boże.. boiegać nawet miałam zacząć. Nie wyszło jakoś szczególnie, ale staram się póki co jeszcze.
Jutro spotykam się z Dorotą. Wyjeżdza do Hiszpanii z Kubą, do jego kolegi, który tam siedzi już jakiś czas. To jej pierwszy tak poważny wypad za granicę. I pewnie dlatego, dostaję ostatnio pytania w stylu „czy na pewno dowodu nie potrzebuję” czy „czy powinnam się ubezpieczyć”. Słodkie na swój sposób. W każdym razie moje zadanie jutro to na te pytania poodpowiadać i przekonać ją, że się żegnać nie musi bo samolot na pewno się nie popsuje i wszystko będzie dobrze… Mam nadzieję, że sobie poszaleje. Nie ma nic fajniejszego niż chwytanie życia z południowcami. Nie przejmowania się niczym i życia chwilą zdecydowanie moglibyśmy się od nich nauczyć trochę. Dzisiaj się przekonałam, czytając wpis Jaime na facebooku o tym jak łatwo stracić tytuł „najfajniejszej Polki” – wystarczy wyjechać w pierwszych dniach kwietnia i zostawić dwie Polki we Włoszech… Nie żebym się jakoś źle poczuła, po prostu – z Hiszpanami się bawi, się żyje chwilą i tylko to… W każdym razie w większości…
We wtorek mam zaplanowane za to spotkanie z Sylwią. Uwaga, w Zgierzu. Idziemy do optyka, mam nadzieję, że wybierzemy jakieś tańsze, bo zgierskie okulary a później złapiemy jakieś piwo. W tej samej cenie co łódzkie, choć zgierskie… Szkoda że w produktach alkoholowych podział na duże metropolie i małe miasta nie istnieje. Mój portfel oszczędziłby trochę, oj oszczędziłby w ostatnich tygodniach…

<kilka godzin później>
zrobiłam sobie przerwę, ponieważ zaczęłam swojego tumblra uzupełniać… A następnie poszłam na popołudniowo niedzielno poobiadową drzemkę, a później znowu z mamą do wujka. Do wujka do którego jeździmy co dwa dni mniej więcej, bo wyjechał na wakacje ze swoją dziewczyną (której jeszcze nie widział nikt właściwie) i my mamy dopilnowywać i dokarmiać kota i żółwia i podlewać rośliny… Mama się wczuwa za bardzo, biega z mopem i zmywa naczynia w kuchni… I sobie chyba wyobraża, że to jej dom jest. Bo marzenie o domu ma wciąż żywe – wciąż żywe bo niespełnione. I jak naturalnie w marzeniach nic złego nie ma to chyba jednak nie powinna się tak wuczuwać. Ani nie jej 4 ściany i no w ogóle… Za łagoda i delikatna jest.. Poza tym dość „łatwa”. W tym sensie, że tak jak daje się mi ułagodzić łatwo, jak tacie, tak samo nawet kotu. Wystarczy że maślane oczka zrobi, o ile takie robić może, i ona od razu mięknie i ma ochotę dwa razy dziennie przyjeżdzać zeby tylko się ten czworonóg wybiegac mógł dostatecznie.. Eh za dobrą kobietą jest, zdecydowanie za dobrą.
Zahaczyłyśmy po drodze do McDonald’s, nie że to zdrowe jedzenie, ale dają do McZestawów szkalnki coca coli a ja jestem sucker jeśli chodzi oszkalny totalny. A te są fajne, jak szklane puszki wyglądają.. A że kilka kolorów jest mamy w planach zebrać wszystkie^^

Wybrałam sie oprócz tego na bieganie dzisiaj. Po 22. Generalnie ktoś by mógł powiedzieć że raptem 15 minut to żałosny wynik (i to nie biegania ciągłego naturalnie!) ale ja powiem, że jak na pierwszy raz to chyba nie jest tak źle… Kondycję trzeba budo3ać powoli. Muszę tylko następnym razem wziąść moje oczy na świat, bo generalnie nie widziałam nic czy przede mną jacyś ludzie czy może jakiś stwór szczekający (ani jednego ani druiego – więc tak gdzie się bałam mogłam spokojnie biec jak się okazało ^^) Jednak zdecydowanie w pewnych sytuacjach lepiej widzieć niż nie widzieć…

Idę spać, późno strasznie.
A od jutra sprobuję dietować się trochę. Przed październikiem trzeba zacząć wyglądać jak człowiek!

erasmus my ass

1 komentarz

przez całe pieprzone wakacje nie wiedziałam na czym stoje. włosi się nie odzywali (do nikogo), mnie się przestało chcieć, i w momencie w którym już sobie plan naszykowałam cały, dwukierunkowy, jak się pozapisywałam na zajęcia, zostałam zaciągnieta to Biura Współpracy z Zagranicą, gdzie pan doktor jeden wykonał telefon do pań w Benevento, i od razu papiery faksem otrzymałam.  Więc kiedy już częśc osób  zdążyła się ucieszyć lub też zdziwić, że nie jadę, musiałam powysyłać esemesy, że jadę jednak, i że mam tydzień i że nie wiem czy się nawet porządnie zdążę pożegnać. 

w jeden dzień załatwiłam wszystkie niezbędne głupoty i boom, sie okazało, że włosi w swojej łaskawości nie wysłali jednego pepierka, właściwie gówno wartego, ale w BWZ trafiłam na sukę (moje szczęście, siedzą tam dwie baby, a ja trafiłam na tą jedyną złą), która powiedziała mi delikatnie, że mam spierdalać i męczyć ich mejlowo o jedno zdanie. I na nic się zdały tłumaczenia, że oni na mejle nie odpowiadają, ewentualnie po miesiącu, i że w ogóle nie ma mowy… Napisałam do Sary suki (jak się dowiedziałam suką jest, więc mogę oficjalnie ją tak nazywać), Sarasuka nie odpowiedziała. I pewnie nie odpowie do poniedziałku. I pewnie będę musiała znowu się szczerzyć i przekonywać (przekonywać!), że jeśli ktos wysłał mi podpisany Learning Agreement, i podpisany Student Aplication Form, i powiedział głównemu facetowi w biurze, że wszystko jest ok, TO CHYBA DO CHOLERY JEST OK. 
się denerwować nie lubię, bo to strata czasu, ale głupota ludzka mnie boli. i już. i poza tym przejęłam trochę postawę wlochów, i mnie wali to wszystko brutalnie mówiąc., che sarà, sarà  i juz.

zasłyszane w autobusie:
- może byc już tylko gorzej

- mogłoby być lepiej!
- może być gorzej ale mogłoby być lepiej!

czyli o tym jak to jeden w miafrę optymistycznie patrzący na życie Polak (a właściwie Polka) został stłamszony przez koleżankę. Ale dzięki temu powstała jedna z wielu jakże trafnych i prawdziwych autobusowych złotych myśli…

Wybrałam się dzisiaj do Łodzi w nastroju więcej niż parszywym. Nie mogłam znaleźć w domu ani zrozumienia ani miejsca ani absolutnie niczego. Miałam jechać do NFZu załatwić sobie w końcu EKUZ; na wypadek gdybym jednak miała wyjechać, ale okazało się że muszę dostarczyć jakieś tam dziwne papiery w jaki sposób jestem ubezpieczona w NFZecie. Nie mam pojęcia, więc się nie wybrałam. Miałam jechać oddać książki do BUŁy, też nic z tego nie wyszło, choć ksiązki zabrałam i nosiłam cały dzień ze sobą. Uznałam, że jechać tylko oddać książki to strata czasu, a wypożyczyć nic nowego nie mogłam gdyż legitymacja moja zaleguje w dziekanacie i dumna niby z dala od miasta, niby nie. na Brzezinskiej... czeka na 1 października. Wysiadlam więc zupełnie spontanicznie przy Smutnej na Pałki i postanowiłam wpaść do M1, ale, że zachciało mi się odmiany, to zamiast grzecznie dojść do Strykowskiej i iść Brzezińską do ja poszłam prosto smutną nie mając pojęcia gdzie mnie nogi zaniosą. I tak sobie szlam i szłam mijana przez tabuny taksówek i samochodów ze szkoły jazdy aż tu nagle boom, zakład karny (czy tam co to jest, na nazewnictwie penitencjarnym się nie znam zupełnie), szkoła nauki jazdy i koniec ulicy. Jak zwykle, jak zwykle, na szczęście okazało się że nie muszę się cofać jakoś strasznie daleko, że jest sobie ulica o nazwie Łomnicka i że nia dojdę mniej więcej tam gdzie chcę. No i sobie dzielnie maszerowałam i dzielnie maszerując mijałam na początku domki starych babć w ubogich fartuszkach, ubogich prawie tak jak te ich domki, żeby potem pszemaszerować przez zupełnie inną okolicę, gdzie domy były przeogromne, prześliczne i z taką fantazją architektoniczną budowane, że tylko pogratulować (i gustu i zasobności portfela). Po zakupach w M1 (zakupiona woda i jeden kabel, który zdaje się nie działa) postanowiłam pospacerować dalej, ale jako, że zaspobnosci mojego portfela nie przypominają tych z ulicy Łomnickiej (znaczy nie przypominają wcale, ale dzisiaj szczególnie bo w portfelu zostało mi może z 20gr) udałam się powoli w stronę domu. Innymi słowy, dla niewtajemniczonych, sobie szłam przez Łagiewniki. Pogoda była cudna, bo ani zimno ani strasznie ciepło, las jeszcze zielony ale powoli zaczynający zmieniać kolory, jakaś taka cisza i względny spokój, zrobiło mi się dziwnie nostalgicznie i zaczęłam snuć dziwne wynur Łagiewniki zenia w głowie, o tym jak to tak naprawdę człowiek jest sam na tym świecie i nieważne jak bardzo by próbował zaprzeczyć, coby nie próbował robić, żeby oddalić od siebie te mysli. Prawda jest taka, że jest sam, sam jedyny, wyjatkowy (w obojetnie jakim tego słowa sensie) I o ile prawdą jest fakt, że ludzie są istotami społecznymi, jak to wpaja socjologia, to w takim samym stopniu jest też i będzie zawsze sam sobie. I ja wiem skąd te przemyślenia we mnie dzisiaj były. Były ze strachu czy też z lenistwa, bo tak łatwiej. Ja wiem, że coś w tym jest ale wiem też, że nie do końca, wiem teraz gdy piszę i wiedziałam wcześniej gdy szłam przez Lagiewniki. Nie da się nie wiedzieć, gdy mija się domy, śliczne domy z mnóstwem okien w których zapewne nie mieszka jedna osoba, ale zapewne nawet ze dwa, trzy pokolenia… A zresztą! Walić póki co te domy. Sobie myślałam też jakbym umeblowała dwa pokoje swoje, gdybym je miała rzecz jasna, i właściwie, dopiero po wielu minutach dotarło do mnie, że przecież „od zawsze” mieszkam w dwóch pokojach razem z rodzicami… Moje dwa pokoje będą tylko moje. Walić istoty społeczne. Walić je dzisiaj!

widziane w autobusie:
w drodze powrotnej do domu, w mieście mym Zgierzu ukochanym, stała sobie jakaś dziewczyna tak z 15lat powiedzmy, położyła swój plecak na tych takich podwyższeniach pomiędzy siedzeniami, przy jednej z poręczy, aż tu nagle wchodzi jakiś siwy pewny siebie dziad, z jakimiś torbami swoimi i wpycha jej na chama na ten jej plecak jedną swoją torbę, aż musiała zdjąć plecak, popatrzyła się na dziada i zmieniła miejsce swojego stania. Dziad stał niewzruszony, chyba nawet przez moment mu nie przyszło do głowy, że wypadałoby chociaż powiedzieć przpraszam, nie mówiąc już o tym, że tak naprawdę to powinien się zapytać czy może tam połozyć swoje rzeczy. W każdym razie, podróż trwa dalej, nagle jednej kobiecie z dzieckiem, która siedziała przy tej poręczy coś wypadło, dziad zanurkował na podłogę podniósł, a gdy kobieta wyciągnęła z uśmiechem ręke, on się zapytał dziwnie czy to jej (?), po chwili zaczęła zbierać się do wyjścia, więc dziad zaczął energicznie zbierać i podawać jej torebki, wygladało to bardziej tak jakby ją poganiał, żeby móc usiąść na jej miejscu niż faktyczna pomoc… Dziad mnie zdenerwował zachowaniem chama strasznie, więc nie moglam powstrzymać się od śmiechu kiedy na którymś z kolejnych przystanków, kierowca ostrzej zahamował i ta torebka, którą dziad zepchnął plecak dziewczyny spadła i uderzyła go z całym impetem w głowę. Karma, karma, karma. I to dlatego, że był chamem, a nie dlatego że był mało społeczny mam nadzieję… ;)  

Zawsze, ale to zawsze gdy przychodzi 1 dzień września i zewsząd rozpoczynają się dyskusje nad tym jaka ta szkoła straszna teraz, jak to wychowuje matołów totalnych i że to na jej barkach spoczywa wina za bezczelne, nic nie wiedzące społeczeństwo najmłodszych coś mnie skręca.
Ja oczywiście nie uważam, że szkoła powinna hamować indywidualny rozwój, że powinna zabraniać na wykreowanie własnej osobowości, że nie powinna przekazywać suchej wiedzy wyłącznie etc. Nie zmienia to jednak faktu, że ja miałam naprawdę wielkie szczęście jeśli chodzi o wybór szkól. Miałam szczęście chodzić do najlepszej podstawówki w Zgierzu, gdzie nauczyłam się pisać długie wypracowania podczas gdy moi rówieśnicy w innych szkołach kaligrafowali w trójlinowych zeszytach ę i ą. A przez okrutną i znienawidzoną panią od biologii okazało się, że mózg jest w stanie przyswoić naprawdę dużą ilość informacji, która odpowiednio sprawdzana nie wyleci z głowy (przynajmniej nie całkowicie) NAUKA NIE BOLI – więc oczywiście, nie tylko łopatologia, ale na bogów, niech nagle wszyscy nie wmawiają, że odrobina takiego nauczania nigdzie nie prowadzi. To nie troska o polską edukację, tylko czyste lenistwo… Następnie miałam szczęście trafić do chyba najlepszego zgierskiego gimnazjum. I znowu, miałam okazję, zupełnie bez trudu zdobyć nagrodę w konkursie matematycznym i porozwijać się w humanistycznych dziedzinach nauki. Później zdecydowałam się zmienić miasto, na szczęście, i trafiłam do czwartego wtedy łódzkiego liceum. Szczęście dlatego, że owa szkoła pozwalała na bycie indywidualnym człowiekiem, ale bez przesady. Nikt nie chodził i głośno nie krzyczał o tym jak bardzo indywidualną jednostką jest. To się przebija, nawet jeśli parę rzeczy jest zabronionych. Więc again, ci co krzyczą teraz, być może nie są tak bardzo indywidualni jakby chcieli lub jak im się wydaje. Moje liceum  uczyło na różne sposoby, oczywiście była łopatologia, ale były też wycieczki historyczne, biologiczne i przede wszystkim polonistyczne. 3/4 Polaków kojarzy Wyspiańskiego z Weselem wyłącznie (którego 50% z nich nawet do końca nie przeczytała) a o Tetmajerze to już w ogóle mało kto słyszał. Tydzień jesienią na obrzeżach Krakowa, na trasie śladami „Młodej Polski” i wystarczy, żeby człowiek złapał bakcyla takiego, że trzyma wiele lat jeszcze po tej wyprawie. Ale to była tygodniowa wycieczka. Ich nie było co miesiąc. Wycieczki organizowane są, z tego co wiem w każdej szkole, w każdej każdej, więc to chyba od nas w dużej części zależy co z nimi zrobimy. My zachwycaliśmy się Młodą Polską, czy tam rok wcześniej Bisz czadami, Lwowską historią, nocami piliśmy. Jeśli ktoś decyduje się na picie w nocy a podczas dnia nie robi nic, to faktycznie, można stwierdzić, że szkoła nic nie daje.
Strasznie łatwo jest zrzucać wszystko na system edukacji. No to, że on nic nie daje. Moim zdaniem to wylewające się z Polaków czyste lenistwo i próba usprawiedliwienia się wychodzi na wierzch. Potrzeba trochę wkładu własnego, to nie jest tak, że tylko rodzice, czy tylko nauczyciele są odpowiedzialni, młody człowiek musi od czegoś zacząć, musi sam sięgnąć  bo coś mniej konwencjonalnego niż podręcznik żeby rozpocząć dyskusję. Musi sam chcieć. Dlatego tak irytują mnie rozmowy o szkole na początku września. Wszyscy mają pretensję do wszystkich tylko nie do siebie. Takie polskie i takie normalne. I z takim nastawieniem nic się nie zmieni.
Czy szkoła ma swoje minusy ? Ależ oczywiście, a studia nie mają ? A praca ? Po co idealizować 12 pierwszych lat nauki żeby potem  rzucić się w nieczułe odmęty uniwersyteckiego życia ? Nie lepiej przystosowywać się już od najmłodszych lat, znajdywać piękne strony edukacji (i przede wszystkim samego chodzenia do szkoły, lub też chodzenia na wagary, piękny sposób na integrację) bo pięknych stron jest również masa, trzeba tylko chcieć je widzieć a nie marudzić cały czas…

Miałam tak ślicznie powrócić w dniu bloga, ale uznałam, że na nie swoim szablonie nie dam rady nic szczególnego spłodzić, a że poszukiwanie inspiracji na laya (który jeszcze swoją drogą nie jest skończony) zajęło mi pół dnia, nie zdążyłam nic napisać. Chociaż z drugiej strony przegladając archiwum doszłam do wniosku, że mało kiedy pisałam tu coś szczególnego. Ale mimo wszystko, fajnie mieć swoje małe miejsce. Bo uznałam, że na LJ rozpisywać się nie będę… Poza tym tu trochę mojego życia zapisanego zostało, kilka imion, które z mojej głowy (wstyd mi za to ogromny) wyleciało, których nawet nie wiedziałam, że znałam, a oto są tutaj, w czeluściach archiwum ukryte. I naprawdę cieszę się, że są.

Więc zgodnie ze zwyczajem swoim, i tym razem nic szczególnego nie powstanie. Bo jest 2:45, bo tenis mi rozbrzmiewa w tle, bo przyjdzie czas na szczególniejsze notki. Mam nadzieje w każdym razie.

Okolice północy są dobrym momentem na grzebanie we wszystkich swoich rzeczach. Musze znalezc jedna mala koperte, koperte z biletami do kina, i co jeszcze lepsze, karnetem na iles tam godzin na takim jednym mega wypasionym basenie. Oczywiscie obowiazuje zasada ze jak sie nie szuka to sie znajduje wszystko, a jak sie chce cos znalezc to za chiny nie mozna. I w taki oto sposob przejrzalam wiekszosc swoich ksiazek (szukajac na polkach, poza tym czasem mi wpada do glowy wlozyc cos do ktorejs….) No i zaczelam sie zastanawiac co bym zabrala ze soba jakbym sie miala wyprowadzac. Oprocz ciuchow i komputera zdecydowanie ksiazki, niektore sa tylko i wylacznie moje, duzo jednak stanowi „dobytek rodziny”… Zawsze uwazalam ze polki nie sa stworzone zeby stawiac na nich jakies pierdoly, figureczki, wazoniki, kretynizmy, polki sa stworzone do ksiazek. Pamietam jak wujek w swoim starym mieszkaniu mial na calej szerokosci sciany taki zajebisty regal, ktory do samego sufitu zapelniony byl ksiazkami, i to nie byle jakimi. Zawsze zapieralo mi dech w piersiach i zawsze stalam przed tym regalem, ogaldalam ksiazki, wdychalam ten niesamowity zapach i myslalam ze jak bede miala swoje wlasne mieszkanie to tez bede miec taka kolekcje. Jakbym dzisiaj miala cos ustawiac w moim nieistniejacym mieszkaniu to bylaby to czesc kolekcji gazety wyborczej, pottery, przewodniki po wloszech, kilka ksiazek o teatrze, zydach i drugiej wojnie, cos Nietzschego, album z pracami Wyspianskiego i pare innym malych rzeczy ktore kupowalam w przyplywie jakiejs manii (nazywajmy rzeczy po imieniu : przeceny) w ksiegarniach… Malo imponujace, dodajac do tego fakt, ze chetniej kupuje ciuchy niz ksiazki – mysle ze malej Kasi z przeszlosci byloby wstyd. A moze to tylko dlatego ze nie mam jeszcze tego regalu, nie mam mieszkania (i, o! – wlasnych dochodow tez nie mam).
W kazdym razie przeszukalam polowe pokoju, znalazlam monety z londynu, bylam tam jakies 3-4 lata temu, znalazlam zaplacone miesiece temu kwity rozne, skasowane bilety, niezaplacone kwity, stare plany lekcji, zaswiadczenie o kradziezy portfela z 19 wrzesnia (swoja droga czy nieposiadanie dowodu jest karalne ? czy jak (W KONCU!) pojde wyrobic sobie nowy dowod po pol roku to pani w urzedzie zabije mnie wzrokiem czy niekoniecznie ? :>) znalazlam papiery ktore przyslala policja niedlugo po tym 19, ze niestety nie zlapali mojego oprawcy i nigdy nie spojrze w oczy czlowiekowi, ktory kradnac moj dowod pozbawil mnie jedynego dokumentu na zdjeciu ktorego wyszlam jak normalna istota. Znalazlam absolutnie wszystko tylko nie to czego szukalam.

Zawsze tak jest w zyciu, nie zwracamy na cos szczegolnej uwagi spotykamy to na kazdym kroku, zaczyna nam zalezec i wzystko – trach – znika z pola widzenia. To jest wredne i niesprawiedliwe (a moze sprawiedliwe wlasnie ?) I to nie tylko przez te pieprzone karnety na basen…

again

2 komentarzy

powrot marnotrawnej, po raz nie wiem ktory, nie wiem na jak dlugo.
znowu mi wiekszosc znajomych poznikala z blogowego swiata.
zobaczymy jak to bedzie.
w wolnej od nauki (SESJA!) chwili troche tu ogarne ;)

się od pisania bloga odzwyczaiłam totalnie.
I tak mi się wydaje, że może, od środy znowu mi się zacznie chcieć.


  • RSS