HA! Znaczy no dobra, małe ha tylko bo z poslizgiem dziennym ale praaaawie w miesiącu sie wyrobiłam. Dziwny to był miesiąc. Pełen alkoholu, pełen jeżdzenia do Łodzi, biurokratycznych głupot, problemow z jedzeniem, kłótni w domu, planowaniu wakacji. Generalnie pełen wszystkiego ale mimo wszystko bardzo, bardzo dziwny.

Z tego co wiem na dzień dzisiejszy to tyle, że jadę do Włoch z rodzicami. Znaczy najpierw sama, później oni dolatują. Spędzę tydzień w Benevento, a następnie tydzień w Rzymie. Wiem, że odliczam dni i nie mogę się doczekać. Wiem, że chyba wolalabym już gdzieś pracować a nie się uczyć, ale z drugiej strony tak sobie myślę, że żeby pracować we Włoszech jako ktoś inny niż kelnerka czy dziwka muszę chyba skończyć coś więcej niz administracja. A może nie muszę, może chcę po prostu. I mi utrudniają. Że im świadectwa maturalnego (!) nie doniosłam. Znaczy doniosłam, ksero „za poświadczeniem…” ksero z wydziału prawa, ksero z tego samego uniwersytetu za mało. Pani w dziekanacie wsmip z uśmiechem na ustach mi odpowiada, że fakt, że dałam oryginał dyplomu licencjackiego jeszcze nie świadczy o tym, że mam zdaną maturę, i że musze złożyć odpis albo oryginał albo mam spadać. Ja rozumiem biurokrację, ale idiotyzm mnie boli, denerwuje mnie i sprawia, że mam ochotę otwierać pracuj.pl czy tam inne serwisy tego typu i pieprzyć te studia w cholerę. I gdyby nie myśl, że może jeszcze wyjadę sobie na praktyki erasmusa do Włoch to pewnie w ogóle bym machnęła ręką już. Bo to jest tak, że ja wiem mniej więcej co chcę robic, gdzie chcę robić ale brakuje mi jeszcze kilku ostatnich guzików zapiętych żebym mogła to robić. I czym dłużej o tym myślę tym bardziej przekonana jestem, że tak całe moje życie zawsze wyglądało i wyglądać będzie… Nie zapiete do końca.

Wczoraj byłam na spotkaniu z A. po jakiś 3 m-cach. Fakt #1 na zdjęciach wychodzę jak cipa. I to się chyba nie zmieni już nigdy. Fakt #2 nie potrafię sprecyzować swoich mysli wśród znajomych tak jakbym chciała. Fakt #3 nie mam siły przekonywania Fakt #4 muszę się odchudzić Fakt #5 zakochanie się we Włoszech/Włochach te x lat temu było pomyłką. Pomyłką której już zmienić nie mogę, uczucie zbyt silne. Poszłysmy do Portobello, chociaż miałysmy iść do Biblioteki, ja liczyłam na piwo za 3,50zł. W PB za 8zł żywca dostałam. Ale za to sobie z szefem włoskim porozmawiałam, + jeszcze 3zł poszły do kieszeni argentyńskiego kelnera, za nic tak naprawdę. Najśmieszniejsze jest to, że złotówkę mi prawie z ręki wyrwał. Ale to był mój pierwszy raz, następnym będę mądrzejsza i bardziej przekonuywująca. I niesamowite jest to z jak różnymi osobami ja sie zadaję… W sensie oprócz tych z którymi mam o czym porozmawiać, są też osoby z którymi na dobrą sprawę – powiedzmy w życiu online tak ONLINE nie zamieniłabym słowa, ba, wyśmiałabym :> I nie wiem jak to o mnie świadczy. Wiem tylko, że nie chcę kończyć tych znajomości. Wiem, że lubię różnorodnośc ale wiem że to w pewnym sensie robi ze mnie dziwkę lekko mówiąc. I pocieszam się tylko tym, że mając jeszcze podobne przemyślenia do końca się nie zatraciłam. Albo jestem po prostu hipokrytką, nie wiem. I szczerze, ostatnio mnie coraz mniej to interesuje. ‚

Ale z drugiej strony zaczęłam ostatnio zauważac, że wróciłam do zastanawiania się nad takimi rzeczami. Rzeczami z pozoru błahymi i bezsensownymi, ale kiedyś takie zastanawianie się robiło ze mnie osobę, która bylam, później przestałam i wpadłam w niebyt. Teraz trochę czuję że z tego niebytu wychodze. Powoli, z problemami, z przeszkodami, z pokusami, ale wychodzę i naprawdę mam nadzieję, że sobie poradzę jakoś i będę tą wersją siebie którą chcę być.

Tyle (pseudo)filozoficznego pieprzenia.  Z innych rzeczy jeszcze, moje urodziny jutro. Z tej okazji wysprzatałam cały pokój swój. No, może nie cały, bo szuflady i szafa to wciąż jeden wielki burdel, ale na półkach porządek, podłoga umyta, wszystko z kurzu wyczyszczone. Na znak triumfu kupiłam sobie 2 tatry. A tak. Kupiłam sobie, a co :> Alkoholizm mój (z którego się leczyc zamierzam) i walka z nim to długa droga, a ja nie wierzę, akurat w tym przypadku, w opcję, odłóż totalnie i nie wracaj. Bo ja nie chcę nie wracać, ja nie chcę pić codziennie. Kiedyś do tego dojdę myślę.

I tyle. mam nadzieję, że kolejna notka lepsza będzie… ;)