TA DAAAM. Po raz nie wiem który wracam do blogowania. Po polsku w każdym razie. Właściwie to dzięki Kourin i Kourin tylko, która zainspirowała mnie notkami miesięcznymi. To się wydaje mniej męczące, mniej wymagające, a utrzymuje pewną ciągłość w pisaniu. Przynajmniej w założeniu swym. W więc zacznijmy i zobaczmy czy wciąż pisać potrafię…

Wakacje w pełni można powiedzieć. Chociaż co prawda pogoda za oknem może temu przeczyć, mi się podoba. Podobno ma się od jutra znowu gorąco zacząć robić, i mi źle z tym. Nie lubię upałów. W każdym razie nie pod tą szerokością geograficzną. Jest coś w tym, że 33 stopnie we Włoszech, w Chorwacji znieść mogę i właściwie nawet potrafię się z nich cieszyć w 120%, a jak się w rozgrzanych betonowych polskich miastach robi więcej niż 25 stopni mam ochotę robić nic i zapaść w jakiś letarg najlepiej i obudzić się wśród szarug jesiennych… Pewnie ma to związek z tym, że znowu nie czuję się w klimatach noszenia krótkich spódniczek i bluzeczek niestety. I to jest coś nad czym mam zamiar pracować. Boże.. boiegać nawet miałam zacząć. Nie wyszło jakoś szczególnie, ale staram się póki co jeszcze.
Jutro spotykam się z Dorotą. Wyjeżdza do Hiszpanii z Kubą, do jego kolegi, który tam siedzi już jakiś czas. To jej pierwszy tak poważny wypad za granicę. I pewnie dlatego, dostaję ostatnio pytania w stylu „czy na pewno dowodu nie potrzebuję” czy „czy powinnam się ubezpieczyć”. Słodkie na swój sposób. W każdym razie moje zadanie jutro to na te pytania poodpowiadać i przekonać ją, że się żegnać nie musi bo samolot na pewno się nie popsuje i wszystko będzie dobrze… Mam nadzieję, że sobie poszaleje. Nie ma nic fajniejszego niż chwytanie życia z południowcami. Nie przejmowania się niczym i życia chwilą zdecydowanie moglibyśmy się od nich nauczyć trochę. Dzisiaj się przekonałam, czytając wpis Jaime na facebooku o tym jak łatwo stracić tytuł „najfajniejszej Polki” – wystarczy wyjechać w pierwszych dniach kwietnia i zostawić dwie Polki we Włoszech… Nie żebym się jakoś źle poczuła, po prostu – z Hiszpanami się bawi, się żyje chwilą i tylko to… W każdym razie w większości…
We wtorek mam zaplanowane za to spotkanie z Sylwią. Uwaga, w Zgierzu. Idziemy do optyka, mam nadzieję, że wybierzemy jakieś tańsze, bo zgierskie okulary a później złapiemy jakieś piwo. W tej samej cenie co łódzkie, choć zgierskie… Szkoda że w produktach alkoholowych podział na duże metropolie i małe miasta nie istnieje. Mój portfel oszczędziłby trochę, oj oszczędziłby w ostatnich tygodniach…

<kilka godzin później>
zrobiłam sobie przerwę, ponieważ zaczęłam swojego tumblra uzupełniać… A następnie poszłam na popołudniowo niedzielno poobiadową drzemkę, a później znowu z mamą do wujka. Do wujka do którego jeździmy co dwa dni mniej więcej, bo wyjechał na wakacje ze swoją dziewczyną (której jeszcze nie widział nikt właściwie) i my mamy dopilnowywać i dokarmiać kota i żółwia i podlewać rośliny… Mama się wczuwa za bardzo, biega z mopem i zmywa naczynia w kuchni… I sobie chyba wyobraża, że to jej dom jest. Bo marzenie o domu ma wciąż żywe – wciąż żywe bo niespełnione. I jak naturalnie w marzeniach nic złego nie ma to chyba jednak nie powinna się tak wuczuwać. Ani nie jej 4 ściany i no w ogóle… Za łagoda i delikatna jest.. Poza tym dość „łatwa”. W tym sensie, że tak jak daje się mi ułagodzić łatwo, jak tacie, tak samo nawet kotu. Wystarczy że maślane oczka zrobi, o ile takie robić może, i ona od razu mięknie i ma ochotę dwa razy dziennie przyjeżdzać zeby tylko się ten czworonóg wybiegac mógł dostatecznie.. Eh za dobrą kobietą jest, zdecydowanie za dobrą.
Zahaczyłyśmy po drodze do McDonald’s, nie że to zdrowe jedzenie, ale dają do McZestawów szkalnki coca coli a ja jestem sucker jeśli chodzi oszkalny totalny. A te są fajne, jak szklane puszki wyglądają.. A że kilka kolorów jest mamy w planach zebrać wszystkie^^

Wybrałam sie oprócz tego na bieganie dzisiaj. Po 22. Generalnie ktoś by mógł powiedzieć że raptem 15 minut to żałosny wynik (i to nie biegania ciągłego naturalnie!) ale ja powiem, że jak na pierwszy raz to chyba nie jest tak źle… Kondycję trzeba budo3ać powoli. Muszę tylko następnym razem wziąść moje oczy na świat, bo generalnie nie widziałam nic czy przede mną jacyś ludzie czy może jakiś stwór szczekający (ani jednego ani druiego – więc tak gdzie się bałam mogłam spokojnie biec jak się okazało ^^) Jednak zdecydowanie w pewnych sytuacjach lepiej widzieć niż nie widzieć…

Idę spać, późno strasznie.
A od jutra sprobuję dietować się trochę. Przed październikiem trzeba zacząć wyglądać jak człowiek!