przez całe pieprzone wakacje nie wiedziałam na czym stoje. włosi się nie odzywali (do nikogo), mnie się przestało chcieć, i w momencie w którym już sobie plan naszykowałam cały, dwukierunkowy, jak się pozapisywałam na zajęcia, zostałam zaciągnieta to Biura Współpracy z Zagranicą, gdzie pan doktor jeden wykonał telefon do pań w Benevento, i od razu papiery faksem otrzymałam.  Więc kiedy już częśc osób  zdążyła się ucieszyć lub też zdziwić, że nie jadę, musiałam powysyłać esemesy, że jadę jednak, i że mam tydzień i że nie wiem czy się nawet porządnie zdążę pożegnać. 

w jeden dzień załatwiłam wszystkie niezbędne głupoty i boom, sie okazało, że włosi w swojej łaskawości nie wysłali jednego pepierka, właściwie gówno wartego, ale w BWZ trafiłam na sukę (moje szczęście, siedzą tam dwie baby, a ja trafiłam na tą jedyną złą), która powiedziała mi delikatnie, że mam spierdalać i męczyć ich mejlowo o jedno zdanie. I na nic się zdały tłumaczenia, że oni na mejle nie odpowiadają, ewentualnie po miesiącu, i że w ogóle nie ma mowy… Napisałam do Sary suki (jak się dowiedziałam suką jest, więc mogę oficjalnie ją tak nazywać), Sarasuka nie odpowiedziała. I pewnie nie odpowie do poniedziałku. I pewnie będę musiała znowu się szczerzyć i przekonywać (przekonywać!), że jeśli ktos wysłał mi podpisany Learning Agreement, i podpisany Student Aplication Form, i powiedział głównemu facetowi w biurze, że wszystko jest ok, TO CHYBA DO CHOLERY JEST OK. 
się denerwować nie lubię, bo to strata czasu, ale głupota ludzka mnie boli. i już. i poza tym przejęłam trochę postawę wlochów, i mnie wali to wszystko brutalnie mówiąc., che sarà, sarà  i juz.