zasłyszane w autobusie:
- może byc już tylko gorzej

- mogłoby być lepiej!
- może być gorzej ale mogłoby być lepiej!

czyli o tym jak to jeden w miafrę optymistycznie patrzący na życie Polak (a właściwie Polka) został stłamszony przez koleżankę. Ale dzięki temu powstała jedna z wielu jakże trafnych i prawdziwych autobusowych złotych myśli…

Wybrałam się dzisiaj do Łodzi w nastroju więcej niż parszywym. Nie mogłam znaleźć w domu ani zrozumienia ani miejsca ani absolutnie niczego. Miałam jechać do NFZu załatwić sobie w końcu EKUZ; na wypadek gdybym jednak miała wyjechać, ale okazało się że muszę dostarczyć jakieś tam dziwne papiery w jaki sposób jestem ubezpieczona w NFZecie. Nie mam pojęcia, więc się nie wybrałam. Miałam jechać oddać książki do BUŁy, też nic z tego nie wyszło, choć ksiązki zabrałam i nosiłam cały dzień ze sobą. Uznałam, że jechać tylko oddać książki to strata czasu, a wypożyczyć nic nowego nie mogłam gdyż legitymacja moja zaleguje w dziekanacie i dumna niby z dala od miasta, niby nie. na Brzezinskiej... czeka na 1 października. Wysiadlam więc zupełnie spontanicznie przy Smutnej na Pałki i postanowiłam wpaść do M1, ale, że zachciało mi się odmiany, to zamiast grzecznie dojść do Strykowskiej i iść Brzezińską do ja poszłam prosto smutną nie mając pojęcia gdzie mnie nogi zaniosą. I tak sobie szlam i szłam mijana przez tabuny taksówek i samochodów ze szkoły jazdy aż tu nagle boom, zakład karny (czy tam co to jest, na nazewnictwie penitencjarnym się nie znam zupełnie), szkoła nauki jazdy i koniec ulicy. Jak zwykle, jak zwykle, na szczęście okazało się że nie muszę się cofać jakoś strasznie daleko, że jest sobie ulica o nazwie Łomnicka i że nia dojdę mniej więcej tam gdzie chcę. No i sobie dzielnie maszerowałam i dzielnie maszerując mijałam na początku domki starych babć w ubogich fartuszkach, ubogich prawie tak jak te ich domki, żeby potem pszemaszerować przez zupełnie inną okolicę, gdzie domy były przeogromne, prześliczne i z taką fantazją architektoniczną budowane, że tylko pogratulować (i gustu i zasobności portfela). Po zakupach w M1 (zakupiona woda i jeden kabel, który zdaje się nie działa) postanowiłam pospacerować dalej, ale jako, że zaspobnosci mojego portfela nie przypominają tych z ulicy Łomnickiej (znaczy nie przypominają wcale, ale dzisiaj szczególnie bo w portfelu zostało mi może z 20gr) udałam się powoli w stronę domu. Innymi słowy, dla niewtajemniczonych, sobie szłam przez Łagiewniki. Pogoda była cudna, bo ani zimno ani strasznie ciepło, las jeszcze zielony ale powoli zaczynający zmieniać kolory, jakaś taka cisza i względny spokój, zrobiło mi się dziwnie nostalgicznie i zaczęłam snuć dziwne wynur Łagiewniki zenia w głowie, o tym jak to tak naprawdę człowiek jest sam na tym świecie i nieważne jak bardzo by próbował zaprzeczyć, coby nie próbował robić, żeby oddalić od siebie te mysli. Prawda jest taka, że jest sam, sam jedyny, wyjatkowy (w obojetnie jakim tego słowa sensie) I o ile prawdą jest fakt, że ludzie są istotami społecznymi, jak to wpaja socjologia, to w takim samym stopniu jest też i będzie zawsze sam sobie. I ja wiem skąd te przemyślenia we mnie dzisiaj były. Były ze strachu czy też z lenistwa, bo tak łatwiej. Ja wiem, że coś w tym jest ale wiem też, że nie do końca, wiem teraz gdy piszę i wiedziałam wcześniej gdy szłam przez Lagiewniki. Nie da się nie wiedzieć, gdy mija się domy, śliczne domy z mnóstwem okien w których zapewne nie mieszka jedna osoba, ale zapewne nawet ze dwa, trzy pokolenia… A zresztą! Walić póki co te domy. Sobie myślałam też jakbym umeblowała dwa pokoje swoje, gdybym je miała rzecz jasna, i właściwie, dopiero po wielu minutach dotarło do mnie, że przecież „od zawsze” mieszkam w dwóch pokojach razem z rodzicami… Moje dwa pokoje będą tylko moje. Walić istoty społeczne. Walić je dzisiaj!

widziane w autobusie:
w drodze powrotnej do domu, w mieście mym Zgierzu ukochanym, stała sobie jakaś dziewczyna tak z 15lat powiedzmy, położyła swój plecak na tych takich podwyższeniach pomiędzy siedzeniami, przy jednej z poręczy, aż tu nagle wchodzi jakiś siwy pewny siebie dziad, z jakimiś torbami swoimi i wpycha jej na chama na ten jej plecak jedną swoją torbę, aż musiała zdjąć plecak, popatrzyła się na dziada i zmieniła miejsce swojego stania. Dziad stał niewzruszony, chyba nawet przez moment mu nie przyszło do głowy, że wypadałoby chociaż powiedzieć przpraszam, nie mówiąc już o tym, że tak naprawdę to powinien się zapytać czy może tam połozyć swoje rzeczy. W każdym razie, podróż trwa dalej, nagle jednej kobiecie z dzieckiem, która siedziała przy tej poręczy coś wypadło, dziad zanurkował na podłogę podniósł, a gdy kobieta wyciągnęła z uśmiechem ręke, on się zapytał dziwnie czy to jej (?), po chwili zaczęła zbierać się do wyjścia, więc dziad zaczął energicznie zbierać i podawać jej torebki, wygladało to bardziej tak jakby ją poganiał, żeby móc usiąść na jej miejscu niż faktyczna pomoc… Dziad mnie zdenerwował zachowaniem chama strasznie, więc nie moglam powstrzymać się od śmiechu kiedy na którymś z kolejnych przystanków, kierowca ostrzej zahamował i ta torebka, którą dziad zepchnął plecak dziewczyny spadła i uderzyła go z całym impetem w głowę. Karma, karma, karma. I to dlatego, że był chamem, a nie dlatego że był mało społeczny mam nadzieję… ;)