Zawsze, ale to zawsze gdy przychodzi 1 dzień września i zewsząd rozpoczynają się dyskusje nad tym jaka ta szkoła straszna teraz, jak to wychowuje matołów totalnych i że to na jej barkach spoczywa wina za bezczelne, nic nie wiedzące społeczeństwo najmłodszych coś mnie skręca.
Ja oczywiście nie uważam, że szkoła powinna hamować indywidualny rozwój, że powinna zabraniać na wykreowanie własnej osobowości, że nie powinna przekazywać suchej wiedzy wyłącznie etc. Nie zmienia to jednak faktu, że ja miałam naprawdę wielkie szczęście jeśli chodzi o wybór szkól. Miałam szczęście chodzić do najlepszej podstawówki w Zgierzu, gdzie nauczyłam się pisać długie wypracowania podczas gdy moi rówieśnicy w innych szkołach kaligrafowali w trójlinowych zeszytach ę i ą. A przez okrutną i znienawidzoną panią od biologii okazało się, że mózg jest w stanie przyswoić naprawdę dużą ilość informacji, która odpowiednio sprawdzana nie wyleci z głowy (przynajmniej nie całkowicie) NAUKA NIE BOLI – więc oczywiście, nie tylko łopatologia, ale na bogów, niech nagle wszyscy nie wmawiają, że odrobina takiego nauczania nigdzie nie prowadzi. To nie troska o polską edukację, tylko czyste lenistwo… Następnie miałam szczęście trafić do chyba najlepszego zgierskiego gimnazjum. I znowu, miałam okazję, zupełnie bez trudu zdobyć nagrodę w konkursie matematycznym i porozwijać się w humanistycznych dziedzinach nauki. Później zdecydowałam się zmienić miasto, na szczęście, i trafiłam do czwartego wtedy łódzkiego liceum. Szczęście dlatego, że owa szkoła pozwalała na bycie indywidualnym człowiekiem, ale bez przesady. Nikt nie chodził i głośno nie krzyczał o tym jak bardzo indywidualną jednostką jest. To się przebija, nawet jeśli parę rzeczy jest zabronionych. Więc again, ci co krzyczą teraz, być może nie są tak bardzo indywidualni jakby chcieli lub jak im się wydaje. Moje liceum  uczyło na różne sposoby, oczywiście była łopatologia, ale były też wycieczki historyczne, biologiczne i przede wszystkim polonistyczne. 3/4 Polaków kojarzy Wyspiańskiego z Weselem wyłącznie (którego 50% z nich nawet do końca nie przeczytała) a o Tetmajerze to już w ogóle mało kto słyszał. Tydzień jesienią na obrzeżach Krakowa, na trasie śladami „Młodej Polski” i wystarczy, żeby człowiek złapał bakcyla takiego, że trzyma wiele lat jeszcze po tej wyprawie. Ale to była tygodniowa wycieczka. Ich nie było co miesiąc. Wycieczki organizowane są, z tego co wiem w każdej szkole, w każdej każdej, więc to chyba od nas w dużej części zależy co z nimi zrobimy. My zachwycaliśmy się Młodą Polską, czy tam rok wcześniej Bisz czadami, Lwowską historią, nocami piliśmy. Jeśli ktoś decyduje się na picie w nocy a podczas dnia nie robi nic, to faktycznie, można stwierdzić, że szkoła nic nie daje.
Strasznie łatwo jest zrzucać wszystko na system edukacji. No to, że on nic nie daje. Moim zdaniem to wylewające się z Polaków czyste lenistwo i próba usprawiedliwienia się wychodzi na wierzch. Potrzeba trochę wkładu własnego, to nie jest tak, że tylko rodzice, czy tylko nauczyciele są odpowiedzialni, młody człowiek musi od czegoś zacząć, musi sam sięgnąć  bo coś mniej konwencjonalnego niż podręcznik żeby rozpocząć dyskusję. Musi sam chcieć. Dlatego tak irytują mnie rozmowy o szkole na początku września. Wszyscy mają pretensję do wszystkich tylko nie do siebie. Takie polskie i takie normalne. I z takim nastawieniem nic się nie zmieni.
Czy szkoła ma swoje minusy ? Ależ oczywiście, a studia nie mają ? A praca ? Po co idealizować 12 pierwszych lat nauki żeby potem  rzucić się w nieczułe odmęty uniwersyteckiego życia ? Nie lepiej przystosowywać się już od najmłodszych lat, znajdywać piękne strony edukacji (i przede wszystkim samego chodzenia do szkoły, lub też chodzenia na wagary, piękny sposób na integrację) bo pięknych stron jest również masa, trzeba tylko chcieć je widzieć a nie marudzić cały czas…