Najpierw się obudziłam, wsadziłam włosy do wanny, a później spędziłam na łóżku godzinę z Głowackim w jednej ręce i z suszarką w drugiej. Następnie wybyłam z zamiarem udania się na Piotrkowska celem kupienia prezentów dla rodzicieli. Mama mi mówiła, żebym nie kupowała nic ojcu, a jako, ze nie potrafię (czytaj, zjadłyby mnie wyrzuty sumienia ze tata dostał o jeden prezent mniej) i ze nie chcę, postanowiłam jej nie słuchać. W discmanie było rock in rio, ale nie posłuchałam praktycznie nic, gdyż na przystanku spotkałam dawną koleżankę, która mieszka pietro wyżej ode mnie i którą zwykłam widywać 2razy na rok (tak gdzieś od lat 4-5) Okazało się ze tez jedzie całą trasę 51, jako ze czułam co się stanie, oznajmiłam, ze wysiadam na Wojska Polskiego (czytaj. zamieniłam Piotrkowską na M1) rozmowa nie kleiłą się juz od 2 minuty, tematy o szkole, o maturze, o francuskim, wszystko ma zupełnie inny wydźwięk kiedy rozmawia sie z osobą z którą się stałęgo kontaktu nie ma. Potem zapadła cisza, męcząca cisza. Krępujaca. Z cyklu ‚chciałabym’ – chciałabym móc sobie z kimć milczeć tak jak z tym kimś będę rozmawiać, bo przeciez milczenie i cisza nie zawsze oznaczaja braku tematów czy braku chęci do rozmowy, a przynajmniej ja w to jeszcze wierzę. Wierze ze jesli się będzie milczeć z właściwa osoba to ta cisza nie będzie pełna napięcia i skrępowania… No w kazdym razie wysiadłam na tego Wojska Polskiego i brnęłam przez śnieg dobre pół godziny, aż dotarłam do M1 najpierw wlazłam do Orsay, popatrzyłam na sukienki i wyszłam, nie podoba mi się NIC, a te wszystkie nic kosztują od 150zł w góre. Później wlazłam do reala i grzebałam najpierw w książkach (chciałam znaleźć wojnę i pokój bo mama szkuka od miesięcy, ale w hipermarketach czegoś takiego nie ma, a ja nie miałam ochoty tułać się na drugi koniec Łodzi zeby połazić po księgarniach – kupiłam więc dla mamy – słownik wyrazów obcych – który zwrócił moją uwagę tytułem – wieża Babel – a że moja rodzicielka ma problemy ze znaczeniem słów tj. hipokryzja na przykład, powinno się przydać ;) Oprócz tego dokupiłam ślicznego zielonego mikołaja (krasnoludka :P, bo mamy z mamą pewną obsesję) i w Media Markt – Nigdy w życiu na dvd, na pewno jej się spodoba, bo ja wyszłam z kina hmm najdelikatniej mówiac nie zaspokojona ;) Tacie natomiast kupiłam prezent z jakiego sama bym się ucieszyła, szukałam The Early Days ale oczywiście nie było, kupiłam więc the real live dead one, Iron Maiden oczywiście i do tego „Polactwo” Rafała Ziemkiewicza. Nie mogłam się powstrzymać i zaczęłam czytać w autobusie, pewnie całej do jutra przeczytać nie zdążę, a szkoda bo potem będę musiała czekać aż tata skończy, a cholernie wciagają takie książki. No ale mam to „z głowy” Głowackiego, powypisuję sobie cytaty i będę rzucać, i będę mądra, i nie będę żulem, chociaz tak z perspektywy dość dużej patrzeć to pan Janusz Głowacki nadawał by się na żula, tyle ze takiego lepszego od innych. Whateva, ja nie o tym. Lubię kupować prezenty. Lubię dawać prezenty, lubię patrzec jak inni otwierają swoje prezenty, jak wyjmują z tych papierów, toreb i ogladaja to co dostali, sama nie muszę dostawać prezentów, znaczy tak, lubię patrzeć na nie jak ślicznie wygladają pod choinką, to morze toreb, pudełek, wyglada przepieknie, kiedy otwieram to pudełko czy torbę czar pryska, wiem, ze dla wielu to jest właśnie najcudowniejszy moment, otwieranie, dla mnie jednak te prezenty mogłyby leżec cały czas pod choinką. Bo nie ważne co w nich jest, wazne że są. A a propos zawartości 48% Polaków kupuje kosmetyki, wychodzi na to że prawie kazdy powinien dostać jakiś kosmetyk jutro. Nudne to. Dlatego w tym roku chociaz rodzicom kupiłam coś innego, bo wujek z tego co wiem coś tam z chemikaliów dostanie. Ode mnie na pewno STR8, uwielbiam męskie perfumy, o wiele bardziej niz kobiece. Moze tam są jakieś hormony które powoduja to że jak coponiektóry przechodzi i pachnie odpowiednio to mam ochotę pójść za nim dosłownie wszędzie ;) No ale wracając do prezentów, te świąteczne wcale nie są najlepsze. Najlepsze są dawane bez okazji, nie codziennie, ale chyba umarłabym ze szczęścia gdyby ktos nagle wyjął jakieś zapakowane pudełeczko z naprawdę byle czym o porze roku innej niz przypadającej w urodziny, imieniny, święta, dzien kobiet, walentynki… Ale ja chyba za dużo wymagam ;)

W każdym razie, teraz juz jestem w cieplutkim domku, zabieram się do czytania tego Polactwa (tylko najpiew zapakuje prezenty), potem jadę do Łodzi po ten aparat, pomagam mamie w kuchni i juz spokojnie czekam i pilnuje zeby przypadkiem śnieg to jutra nie stopniał, pod choinka moze nie być prezentów, ale dla mnie wigilia nie będzie wigilią bez dwóch rzeczy, bez grzybowej na stole i bez śniegu za oknem… (miałam jeszcze napisac o tym debiliźmie który ogarnął Europę, o wycinaniu słowa Jezus z kolęd i rezygnowaniu z szopek i choinek, jakby małe zielone drzewko mogło czyjeś uczucia religijne obrażać… ale o tym kiedy indziej może, bo mi się przez ta grzybowa i przez ten śnieg tak nastrojowo zrobiło…:))