Rodzice kupili samochód dzisiaj. Byliśmy go odebrać. Jest fajnie. Wreszcie prawdziwy samochód, a nie coś co służy tylko do przedostawania się z miejsca na miejsce. Ma różne fajne bajery i wogóle zajmuje więcej miejsca niz nasze wcześniejsze ‚popierdółki’. Babcia tak jak w przypadku poprzedniego samochodu 5 lat temu chciała udawać obrażoną, że niby dlaczego mówimy jej na końcu (a niby dlaczego mielibyśmy nie), że taki drogi kredyt i, że rata 500 zł miesięcznie to tak jak jej retna i wogóle cmok cmok… No ale ona taka już jest. W każdym razie nie o tym chciałam. Chodzi o samochód. A raczej o to, że jak wracaliśmy z TESCO tak mnie naszło, ze okej, może i będę tym samochodem jeździć przez tam kilka lat (moja mama średnio co 5 zmienia samochód więc…) i niby on jest „nasz” ale właściwie to on jest „ich”. Mamy i taty. A ja jestem na dostawkę w tej rodzinie. Mimo wszystko. Mimo tego jaki jest mój tata i jaki ja mam z nimi kontakt. Ja sobie kiedyś odejdę i będą „oni” i „ja”. A na razie ja nie mam nic swojego, nic tak naprawde swojego. Bo prezenty się nie liczą. Chyba przeżywam kryzys wieku przed dorosłego. Albo może to i to, ze zaczynam coraz częściej uważać, że sobie nie poradze w przyszłości. Ja czasami uważam, że zupełnie nie pasuję do tego świata, ba, ja nie znam epoki do której bym pasowała w zupełności. Czarna owca gatunku ludzkiego. A może przesadzam ? Nie wiem, okaże się za kilka lat… W każdym razie, oni są szczęśliwi i zadowoleni z nowej zabaweczki. A ja się cieszę. Tak jak wczoraj. puściłam mamie Nowożeńców i jak się z jednej sceny śmiała to ja nie wiem, tak si w środku szczęśliwie poczułam. Glpio zabrzmi, ale lbuię jak ona jest szczęśliwa. Czuję się tak jak matka patrząca na swoje dziecko (tak, wiem, że jest zupełnie odwrotnie, ale nic na to nie poradzę). Tak. Zdecydowanie jestem jakąć pomyłką, coś tam się w DNA poprzestawiało i wyszłam ja ;) Ja, dzisiaj szczęśliwa, bo nie dość, ze samochód pachnie wanilią to jeszcze dostałam śliczna świecę o tym zapachu, która właśnie się pali, i wogóle jakoś tak fajnie jest, Miły dzień, który szybko wyleci z pamięci. Miły dzień jakich dziesiątki, tłumiony w głowie przez te bardziej wyraziste wspomnienia. Jutro nie będę pamiętać o czym myślałam jadąc samochodem i jak wyglądało dzisiejsze niebo, może jutro będzie kolejnym miłym dniem, a może odznaczy sie czymś co zmusi mnie o zachowaniu pamieci o nim. I tak sobie zbieram miłe dni i te wyraziste i te dni tak uciekają, zmieniają się w lata a ja się starzeję (tak, zdecydowanie to kryzys jakiegoś wieku ^^), źle że nie widać żadnego celu. Bo serio, ja nic nie mam. Nigdzie się nie widze, nie czuję, żadnego powołania, co bym mogła/chciała robić, zbieram dni po prostu. Ale czy za to kupię sobie samochód ?

ehhhhhh tam.. Idę na Heinekena ;) a jutro znowu będę czekać na listonosza*
*a może zostać listonoszem ? nie musiałabym tak długo ich wyczekiwać ? :P