O – Zone eksportują swoje bałkańskie disco na całą Europę. Kurde same le le le dza mus ja sapierdu. Tak sobie pomyślałam… Fajnie by było iśc sobie jakąś szwajcarską uliczką i słyczeć z niemieckim akcentem „jesteś szalonaaa mówię ciiiii” Kto wie, może by panowie z zespołu ‚Chłopcy’ otrzymali jakieś dofinansowanie, w ramach szerzenia języka narodowego poza granicami. Aj, co ja gadam, keine grenzen przecież teraz. Ale nie tylko mnie się z tymi granicami myli. Wczoraj na przystanku czekałam ze starszym panem, który po 20 minutach doszedł do wniosku, że strasznie długo wiadomego pojazdu nie ma, a na moje pytanie jakim chce jechać odpowiedział, ze obojętnie byle się w Zgierzu znaleźć. Mniejsza z tym, ze prawie w centrum mojego miasta byliśmy. Ale może Zgierz to taka „Jałta” z Mistrza i Małgorzaty.. ;) A na przystanku owym znalazłam się przez ojca. Otrzymałam w prezencie o 16:32 awanturę, bezpodstawną zupełnie. Okej. Może nie do końca bezpodstawną. Ale obrażanie mnie słowami które on wypowiedział pasowały do sytuacji jak pięśc do nosa. Wyszłam więc z domu i dopiero w połowie drogi zorientowałam się, ze gdybym chciała gdzieś jechać starczyłoby mi tylko na jeden bilet, bo do kupna drugiego zabrakłoby mi 15 groszy… No więc maksymalnie wsciekła, rozżalona i smutna zaczęłam krążyć po swoim osiedlu i kiedy po raz nie wiem który doszłam do wniosku, ze świat zdecydowanie stał się zbyt tłoczny poszłam do parku i sobie nad stawem, pośród wedkarzy, zaczęłam czytać książkę. No ale oczywiście akurat wczoraj musiało być zimno. I oczywiście zaczęłam mieć dreszcze, więc przeszłam jeszcze ze dwa kilometry do najdalszego przystanku, kupiłam jeden bilet i zaczęłam czekac na najrzadziej jeżdżacy autobus – czwórkę – który na moje osiedle jedzie pół godziny. Na wyżej wymieniony musiałam czekać około 35 minut i te spędziłam na sławnym już przystanku ze sławnym już starszukiem. On sobie siedział, na jednej ławce, oparty o swoja laskę (bez skojarzeń…) ja na drugiej oparta o plecak. I tak sobie dzieliliśmy te kilka metrów przestrzeni. A ja jako, ze na starszych ludzi jestem już naprawdę wyczulona i zaczęłam myślec, że teraz to ja już nie mam się nawet gdzie podziać (nikt mnie nie kocha, nikomu na mnie nie zależy buu mała dziewczynka płacze;)) Miałam ochotę iśc na cmentarz ale nie chciałam natknąc się przez przypadek na tatę albo na druga babcię, miałam ochotę iśc na działkę, ale na przełażenie przez 3 metrowy płot jakoś tej ochoty zabrakło (po za tym ona jest nad stawem i tam by było jeszcze zminiej) miałam w końcu ochotę iśc do mieszkania dziadków, i nawet cholera usiąść na klatce schodowej – na szczęście tego ostatniego tez nie urzeczywistniłam, bo trzeba przyznać, był to pomysł dośc idiotyczny. Tak więc trzęsąc się spędziłam pół godziny ze staruszkiem na przystanku… Potem mała rundka „4″ po moim mieście i wylądowałam na jednym placów zabaw na moim osiedlu, po przeczytaniu kilkunastu stron odezwała się z plecaka smycz większości ludzi XXIw. czyli telefon. Dzwoniła mama. Poszłam do domu. tata w cudownym humorze, a mama mnie przepraszała, ze to wszystko przez nią. Jakieś żarty… No i wszystko skończyło się happy endem. I niby fajnie, ale ja chyba bym wolała klasyczną rodzinę czyli, o wybrykach pamieta się dłużej ale jest spokojniej, niz wesja panujaca od lat u mnie – zabijamy się po czym po kilku godzinach jesteśmy najkochańszą familja pod słońcem…
Dzisiejszy dzień pod znakiem, czytamy Mistrza, uczymy się włoskiego (pantaloni, pantaloni, lol ), stawiamy pasjansa (ale tego FreeCell) bo mój komputer robi dziś problemy nawet z włączeniem winampa… Mama już powiedziała, że jak pojadę do Włoch to Łukiego zawoła… Super, niech woła, ale uprzedzam, ruszy mi coś z mojego foldera to zrobię z niego dziewczynę… Obiecuję :>