Mam skopany humor. Totalnie. Niby powinnam być happy bo wakacje, bo jutro Włochy załatwiam, bo to, bo śmo. Nie jestem. Matka daje się ojcu okręcać wokół palca a ja mam na to grzecznie patzeć. I co, krzyczeć sobie na niego mogłam wczoraj, a dzisiaj grzeczna córunia się słowem nie może odezwać ? Jak w Powrocie zupełnie. Ojca nie ma przez 12 lat, przyjeżdza nagle i od razu ma główne miejsce przy stole. Popieprzone to wszystko. Popieprzone. To smutne, że głupcy są tacy pewni siebie, a ludzie rozsądni tacy pełni wątpliwości.. Whatever. Obejrzałam La vita e bella, oczywiście się wzruszyłam. Aczkolwiek znów się zdziwiłam, z powodu szybkiej smierci. Wczoraj po rosyjsku na Powrocie, dziś po włosku. Stanowczo za dużo we mnie tego amerykańskiego gówna, już zwykła, szybka śmierć, bez zadnych ceregieli, pompatycznych tekstów etc mnie dziwi. Chyba się przerzucę tylko i wyłącznie na europejskie kino. Przemawia do mnie bardziej, niż amerykańscy herosi. Dostałam propozycję ogniska gdzies na Smulsku… Nie mam do tego nastroju, absolutnie… idę zatopić się w Bułhakowie…