Wielki powrót po miesięcznej nieobecności mogę uznać za udany. To raz. Dwa to to, jak pewnie większośc wie, „cudowne” święto zakochanych spędziłam z mamą w teatrze. Dwóch aktorów. Żadnej huśtawki. Dwa pokoje. Telebim ogormny pokazujący teledyski głownie rockowych ballad z lat ’80, zadnych przebojów, chodziło o nastrój. Jak było ? Było „fajnie”. Fajnie to takie „fajne” słowo, które w sumie nie mówi nic, zapychacz taki… Na szczęście recenzję musze oddać do końca lutego. A więc czas na zastanawianie się jaka naprawdę była ta sztuka, jeszcze mam.
Zaczął się sezon osiemnastkowy. Zostałam zaproszona przez koleżankę. W tą sobotę. „Fajnie”. Szkoda tylko, że jeden kolega na pewno nie przyjdzie a drugi jest w stanie wahadłowym. Ten drugi poszedł dziś złożyć podanie o dowód. Zabawne. Ciągle czuję się bardziej zżyta z ludźmi z podstawówki i gimnazjum. Nie, że nie lubię swojej klasy. Bardzo lubię. Tyle, że nie jesteśmy tak żżyci ze sobą… Jeszcze. Pewnie dlatego, że z moją poprzednią klasą spędziłam 9 lat swojego zycia a z nimi tylko 1,5. Ale przecież, właśnie dzisiaj, przez to zaproszenie i ten dowód „Dzacka” doszło do mnie, że to właśnie z tymi ludźmi rozmawiam na tematy bardziej poważne, niż kolorowe karteczki i stroje koleżanek. To z nimi tak naprawdę dorastam. I mimo, że nie tak zżyci to szalenie na siebie wpływamy w jakimś stopniu. Mimo, że każdy ma miliony swoich tajemnic, nieodkrytych przed innymi, mimo, że nie wszyscy się lubimy i nie spędzamy ze sobą wiele czasu to w jakimś stopniu jesteśmy całkiem spójną ‚bandą’ :)