zimno, szaro, ponuro za oknem. przedwczoraj mi RTL wlaczyli (a rai uno to nie laska ?) 10 dlugich miesiecy go nie mialam, i teraz jakis nagly nawrot sympatii do niemieckiego (ktory jutro po napisaniu klasowki ze strony biernej pewnie sie skonczy) sprawil ze wlasnie RTL mi w tv leci. nie smiac sie. nie potepiac. w koncu to tez jezyk ;)

wczoraj patrzylam na Cast Away. Pierwszy raz 4 lata temu wybralam sie na niego z rodzicami do Silvera, ktory z pirwszych moim seansow z tym kinie to byl. pozno wieczorem. centrum lodzi, platny parking a oni zatrzasneli kluczyki w samochodzie :P mama wkurzona pojechala do domu a ja z tata poszlismy do kina. wrocila na 20 minut (z chyba 3 godzinnego seansu) a ja do dzisiaj sikam po gaciach jak sobie to przypomne. oni kilka lat temu mieli jakiegos pecha. 2 razy tata wracal do domu po zatrzasnieciu kluszykow pod TESCO. moi rodzice. moja rodzina. i jak ja mam byc normalna ;)
w kazdym razie – cast away – poryczalam sie. taa ja nawet jak nie chce plakac to i tak mi cos z oczu leci. dziwne stworzenie ze mnie. poryczalam sie oczywiscie w tym momencie jak Wilsona porwal wiatr na oceanie i Hanks nie mogl do niego doplynac. tata spal. mama chyba nie przejela sie zbytnio ze mozna sie tak do pilki przywiazac. a przeciez on w tamtej chwili stracil przyjaciela. stracil komus kto przezywal z nim te wszystkie chwile na wyspie, i kogo stracil tak nagle, zupelnie niespodziewanie i bez konkretnej przyczyny…
albo ten koniec, tak jak w moim robinsonie, znalazl sie tam gdzie chcial a tam same rozczarowania, gorycz i swiadomosc ze chyba tam dlaeko na wyspie z dala od wszystkiego bylo mu lepiej. i tak jest w zyciu. gonimy caly czas do czegos nie zdajac sobie sprawy, nie dopuszczajac do siebie takiej mysli ze moze wlasnie najlepsze co mozemy miec to mamy, lub mielismy tylko zostawilismy to bo nie potrafilismy do konca tego docenic. a refleksje zawsze przychodza pozniej. If you love something, let it go If it comes back, it’s yours a jesli nie – nigdy tego nie miales…

zimno. pewnie dlatego ze w pizamie siedze ;) wczoraj poszlam wyrzucic smieci strasznie zimno na dworze. no. taka pogode lubie. polazilabym sobie z kims wczoraj. pogadala. tyle ze na tym zadupiu nie mam z kim. wkolo bandy dresow, ludzie w moim wieku gdzies sie pochowali… przeciez ja od spokojnie 4 miesiecy nie widzialam mojej bylej najlepszej kolezanki ktora mieszka pietro wyzej ode mnie… paranoja jakas. a propos magdy. tata mi niedawno oznajmil ze widzial rafala (brata magdy) z psem. i zaczeli sie z mama zachwycac. normalnie myslalam ze mnie strzeli. cale zycie odkad pamietam w tym bloku bylam porownywana do magdy. ze np. jak ona do mnie przychodzi to jest tak ladnie ubrana… tyle ze jak ja chcialam ‚ladnie ubrana” chodzic to sie pienili ze najladniejsze ubrania niszcze chodzac w nich po domu. zawsze jak mialam balagan w pokoju lecialy teksty ze mam posprzatac i ze magda na pewno ma czyto (nie wazne ze zawsze miala 3x wiekszy balagan ode mnie) chcialam grac na keybordzie (taka mnia wszystkich ludzi na osiedlu jakies 8 lat temu) odpowiedzi nie nie nie i skutek taki ze magda gra. chcialam miec swinke morska. nie, bo bedzie smierdzialo. magda kupila sobie kilka lat temu swinke. jakos nie czuje zeby cos u niej smierdzialo. no i teraz pies. od dziecka, od kolyski ja blagalam o psa, mowili ze nie bo w bloku bedzie sie meczyl „po za tym nie wszyscy maja, magda tez nie ma i sie nei skarzy” tak bylo te kilka dobrych lat temu.. no i oni w tym roku wyjechali z tekstem ze magda ma slodkiego malego szczeniaczka…no powiedzcie czy byscie sie nie poirytowali… ale jak juz pisalam. moi rodzice. moja rodzina. ale. ok. nikt nie jest idealny. eh. i jeszcze same dobijajace piosenki w tv. cholera wylecialo mi z glowy mickiewicz w dziadach napisal ze jesie to pora samobojcow czy kto… wszystko mi sie miesza w glowie…
ps. mam na piatek „swietna” prace napisac opowiadanie, co kolwiek inspirujac sie jakims obrazem romantycznym… (do wyboru mialam jeszcze namalowanie czegos na podstawie jakiegos utworu romantycznego – z moimi zdolnosciami od razu odpada, i napisac interpretacje obrazu, co mi nigdy nie wychodzilo wiec przy opowiadaniu zostane… tyle ze musze znalezc jakis dobry inspirujacy obrazek z XIX w… eh, ciezkie zycie ucznia)

ps. a propos wczorajszej notki, co slysze w tv ? we need to let it breath… heh jak tak dalej pojdzie to sie stane fanka Seana Paula ;P