Pierwsza sprawa – dla kogoś anonimowego – very sorry – sama bloga skasowałam, nikt tego nie musiał robić za mnie ! Ale to tak na boku… Wróciłam, mam tyle do opisania, że chyba nie napiszę nic, żeby nie zanudzić i Was i siebie (chociaż znając życie zaraz z tego kilometrowa nota powstanie…) Nie hędę może pisała o całości obozu, o tym jak było fajnie, tylko raczej rzucę hasła typu : mieszkałam na górze w hotelu Alpenrose na 1550m codziennie zapitalaliśmy kolejką i potem kawałek pod górę na pieszo, zapuściłam się kiedyś z koleżanką na szczyt i w drodze powrotnej gonił nas… wściekły byk… Zachowanie kucharza każdy przeciętny prawnik uznałby za molestowanie mnie i dwóch innych dziewczyn… Po raz pierwszy w moje urodziny (dzięki za zyczonka) 60 osób zaśpiewało mi 100 lat, powiesiło w pokoju olbrzymi napis ’100 lat Kasiu’ i kupiło butelkę ginu (75% ;D) Piwa się nie piło, piło się wino, dobre wino :) Były kłótnie, były śmieszne sutuacje, wróciłam do domu z telefonym grubszym o parę numerów, duszą bogatszą o kilka fajnych znajomych i z ogólnie poytywnym wrazeniem wyprawy… I o ile mówiłam jeszcze tak niedawno że kocham morze ponad wszystko, to ten obóz, dał mi do myślenia, morze daje wolność jeśli jest się gdzieś na wodzie, ale nie da takiej satysfakcji, jak wdrapanie się na jakiś wysoki szczyt, ostatkiem swoich sił i spojrzenie na świat i wierzchołki gór skąpane w chmurach… Coś niezwykłego :) (ps. Days – alpy pozdrowione :))
Z rzeczy które opisać MUSZĘ to to, że byłam we Włoszech… HA, nieplanowana wycieczka, pieprzyć ze w największym z mozliwych upałów i z czasem wolnym w czasie sjesty… Zjadłam włoską pizzę, poznałam 3 włochów, zostałąm wraz z koleżankami wyrzucona z jednego lokalu przez przemiłego Włocha (wiem że to dziwnie brzmi, ale opiszę kiedy indziej :) Moczyłam nogi w Adriatyku razem z pływającymi tam meduzami… no i robiłam jeszcze wiele innych rzeczy, których nie mam siły teraz opisywac :) Jedno wiem na pewno… Po tych mega czystych Niemczech i takiej samej Austrii, po tym całym porządku zielpunktachm, billach etc. Z całym przekonaniem wybieram moje Włochy, te papierki na chodnikach, butelki na schodach (hehe a niby Polacy to pijacy :P) szalonych kierowców, gwar na ulicach, upał.. no wszystko… 3/4 obozu marudziło na Italię, dla mnie to był najwspanialszy dzień obozu :) I juz wiem ze tam wrócę, nie tylko w przyszłym roku ale i później, kolejny mój taki mały-duży cel w zyciu… W dzień wyjazdu mama mi mówiła że rozmawiała z wujkiem i on chce mmnie wysłać na studia do Stanów… Nie dam się. Po pierwsze nie chce zeby mi ktokolwiek w czymkolwiek pomagał, po drugie, nie chce Stanów, chcę Italię :) I mówię to naprawdę powaznie… Oprócz tego wczoraj zakochałam się jeszcze w Wiedniu… Ale w tym mieście sie chyba kazdy zakochuje, ktokolwiek postawi w nim swoja nogę…
Szybko zleciały mi te dwa tygodnie, za szybko, pięknie, bajkowo, w otoczeniu Alp, takich jakie tylko widziałam na obrazkach, strumieni górskich, wijaćych sie dróg… Tego wszystkiego… Smutno było mi opuszczać pokoik w Alpenorse, z okna mojego bloku takich widoków mieć nigdy nie będę… I sumtno mi było tym bardziej, gdyz wiem że pewnie juz nigdy do Kartynii nie wrócę… Ten obóz nie był idealny, przez kadrę szczególnie, ale i tak bedę wspominać go mega miło… Jutro idę wywołać zdjatka, poskanuję moze trochę i podzielę sie tymi widoczkami… A w szkole… a wszkole zapiszę się na włoski, w pokoju zaraz powieszę pocztówki, potem zdjęcia i będę się jeszcze dłuuugo delektować tymi dniami na południu Austrii…
Pokój zastałam całkowicie zmieniony, tak jak sie spodziewałam, mam chyba mniej miejsca, ale za to bardziej przytulne pomieszczenie, poprzestawiane meble, biurko, wszystko, panele na podłodze i mały słodki zielony dywanik… Podoba mi się ten mój pokoik teraz… Podoba okrutnie… Podoba mi się to że mam ze soba włoskie gazety do których lektury zabiorę się później… z całego tego mojego powrotu nie podoba mi się jedno… Czułam ze cos złego się stanie, bałam się że coś z babcia, z babcia na szczęscie wszystko w porzadku, ale przeczucie nie zawiodło… Siostrzeniec mojego taty, wspaniały człowiek którego widywałam raz do roku, 1 listopada jak razem z zoną i dwójką synów jechał do babci jeść obiad i potem razem jechaliśmy na cmentarz… miał wypadek, Dwa tiry wzięły go w kleszcze (jeden z tyłu drugi z przodu..) jechał ze swoim starszym synem, Michałem, 12 lat, bawiłąm się z nim przez ten jeden dzień w roku zawsze… Wczoraj chłopiec miał pogrzeb, 12 lat… Ojciec przeżył ale nie wiadomo czy się pozbiera… Jak mi tata o tym powiedział, zatkało mnie, nie wiedziałam co zrobić, przecież ten młody człowiek miał całe życie przed sobą, miał biedną ale naprawdę kochającą się rodzinę, rodziców, młodszego brata… Musiał odejść, w tak głupi, okrutny, niesprawiedliwy sposób. Nie pytam się o sens tego wszystkiego, wiem że nie znajdę… W takich chwilach nawet najwięksi mędrcy nie wiedzieliby zapewne co powiedzieć, co dopiero ja… 17letnia , bezradna istota, która wie że kilka kilometrów od niej, w Łodzi w pewnym domu wczoraj pogrzebano promyk, promyk który dawał radość, budził chęć i sens zycia, i która po prostu tego wszystkiego nie rozumie…